|
|
||||||||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
||||||||||||||
|
Uczyć się wszystkiego |
Artur Skrzypczak
Zaczarowany ołówek... Wszystko zaczęło się w Zakopanem... Ale po kolei. Nie pamiętam od kiedy zacząłem mimowolnie wystukiwać dłońmi rytm na kolanach do słyszanej muzyki. Myślę, że było to jeszcze przed podstawówką. Mówię o świadomych, w miarę rytmicznych poczynaniach, a nie o typowo dziecięcych euforiach. Po pewnym czasie zorientowałem się, że być może mam poczucie rytmu. Nie miałem jednak pojęcia co z tym zrobić. Tłukłem się po kolanach po kryjomu (zawsze byłem nieśmiały i wolałem, żeby nikt nie zobaczył) i sprawiało mi to ogromną frajdę. Niewiele się działo aż do rodzinnego wyjazdu do Zakopanego. To był dziewięćdziesiąty drugi rok. (Pamiętam, bo piłkarska reprezentacja Polski zdobyła na olimpiadzie w Barcelonie srebrny medal). Właśnie z Zakopanego przywiozłem bardzo znaczącą pamiątkę – półmetrowy różowy ołówek kupiony chyba na Krupówkach. Jeszcze wtedy nie przypuszczałem, co się kroi... Dosyć szybko zauważyłem, że ów zaczarowany ołówek przypomina perkusyjną pałeczkę... Zacząłem wybijać rytm na tapczanie (oczywiście na swoim tapczanie, żeby w razie co nie doszło do roszczeń rodzinnych...). Bardzo mi się to spodobało, ale brakowało drugiej „pałeczki”. Przy najbliższym spotkaniu z babcią na Sadybie wpadłem na pomysł (lub moja babcia mi ten pomysł podsunęła, już nie pamiętam), że jako drugą pałeczkę mogę wykorzystać... drut do robienia wełnianych sweterków... Babcia dużo robiła na drutach i drutów w domu miała całkiem sporo, także mogłem sobie wybrać taki jaki chcę. Nie pamiętam czym się kierowałem w wyborze... W każdym razie wróciłem od babci z drutem. I zaczęło się. Siadałem na kanapie, włączałem muzykę – tym razem już nie przypadkową, ale przemyślaną. Coś, co dobrze mi się „grało”. Póki nie miałem tych profesjonalnych narzędzi, wystukiwałem rytmy do czegokolwiek, co usłyszałem. W erze „ołówek – drut” zacząłem więcej myśleć o muzyce. Większą uwagę zwracałem na to, co mi się gra dobrze, a co nie za bardzo. Pamiętam, że przez długi czas grałem tylko dwa utwory, dwie piosenki: „Dzień” T.Love i „Harry” FireBirds. W ogóle nie myślałem wtedy o tym, żeby kupić prawdziwe pałeczki do gry na perkusji. Ołówek i drut w pełni mnie satysfakcjonowały. Miałem wtedy dziewięć lat. Tramwajem do Międzyzdrojów... Punkt zwrotny nastąpił w maju dziewięćdziesiątego szóstego roku. Mój przyjaciel Piotrek Kiljański (perkusista), widząc co się ze mną dzieje, kiedy słyszę muzykę, postanowił odkupić swoją starą perkusję od człowieka, z którym niegdyś grał na weselach. Kiedyś mu ją sprzedał, ale widząc moje rozterki perkusyjne odkupił zestaw za... pięćdziesiąt złotych... Pamiętam jak wracaliśmy tramwajem ulicą Maraszałkowską, w sobotę koło południa z zabytkową perkusją Polmuza.(rok produkcji 1956). W skład zestawu wchodziła centralka, jeden tom, werbel (firmy Szpaderski), hi hat i dwie blachy. Firmy blach do dziś nie odszyfrowałem. (Myślę, że to na zawsze pozostanie tajemnicą.) Tego samego dnia Piotrek pokazał mi jak się gra – zagrał coś do kasety magnetofonowej. Nie pamiętam co to było. Wszyscy domownicy chcieli, żebym ja też usiadł i spróbował przy nich – skoro od kilku lat czyszczę tapczan z kurzu waląc w niego z całej siły różowym ołówkiem i sweterkowym drutem. Nie zgodziłem się. Zwyczajnie się wstydziłem. Może nawet nie tylko niepowodzenia, ale tak w ogóle. Jak teraz o tym myślę, to dobrze zrobiłem. Do dziś, kiedy ktoś do mnie przychodzi i prosi, żebym coś zagrał, zapraszam go na koncert któregoś z moich zespołów. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale generalnie wolę nie grać dla nikogo w domu. Ale co z Polmuzem? Do dziś bardzo głęboko utknęła mi pewna myśl, marzenie. Otóż kiedy zobaczyłem jak Piotrek gra, pomyślałem o tym, że bardzo chciałbym nauczyć się grać tak, żeby sprawiało mi to przyjemność i żebym wiedział, że potrafię zagrać. Żebym czekał aż wszyscy wyjdą z mieszkania, ustawił sprzęt i pograł. Do głowy mi wtedy nie przyszło granie koncertów. Nie przez skromność, czy niedowierzanie we własne umiejętności, (a może też i przez to), ale po prostu o tym w ogóle nie pomyślałem. Absolutnym szczytem moich marzeń wtedy było nauczyć się grać i siadać za perkusją w wolnych chwilach. Oczywiście pod nieobecność domowników. No i stało się. Słoneczne popołudnie. Wszyscy się gdzieś rozeszli. Włączyłem jedną z ballad Scorpionsów (którą już wcześniej wystukiwałem na kolanach i na tapczanie) i zacząłem grać. Wyszło! Udało się! Było prawie tak, jak w oryginale... Ucieszyło mnie to bardzo. Wierzyłem, że się uda – skoro potrafiłem wcześniej skoordynować ręce i nogi bez perkusji, to czemu nie zrobię tego na perkusji? No i zrobiłem. Przez najbliższe tygodnie czekałem tylko aż będę sam w domu i grałem także do kaset innych wykonawców (nie miałem wówczas odtwarzacza płyt CD). Najwięcej grałem do kasety „Międzyzdroje” Lady Pank. Wreszcie zdecydowałem się – pokażę rodzinie jak gram... Któregoś dnia włączyłem Lady Pank i zacząłem grać. Wszyscy byli w domu. Wszyscy natychmiast się zbiegli zobaczyć jak gram. „On to załapał!” Oczywiście wszyscy (z wyjątkiem Piotrka) uznali mnie za lepszego „perkusistę” niż byłem wówczas w rzeczywistości. Ja też uważałem się za lepszego niż naprawdę byłem. (Dziś jest na odwrót...) Ale przecież nie przez zadufanie w sobie, tylko przez to, że wtedy o graniu nie wiedziałem jeszcze zbyt dużo. W każdym razie to, co grałem trzymało się kupy. Co prawda grałem bardzo mało zróżnicowane rytmy (na co uwagę zwrócił mi Piotrek), ale jakoś to szło. Trio... Zauważył to wszystko mój przyjaciel z podstawówki Bartek Sosnowski (już wówczas gitarzysta). Zaczęliśmy grać razem. Graliśmy we trzech – jeszcze z jego starszym bratem Maćkiem, także gitarzystą. Co graliśmy? Wiadomo – Metallica była obowiązkowa! Poza tym jakieś rockowe rzeczy i bluesowe. Co roku na wakacje wyjeżdżaliśmy do chłopaków na działkę do Kamieńczyka pograć. (Jeszcze raz dziękuję za gościnność ich rodzicom!) Po pewnym czasie Maciek przerzucił się na bas i mieliśmy prawdziwe trio! Czyli gitara, bas, perkusja. To właśnie z Bartkiem i Maćkiem zagrałem pierwszy koncert. To było na studniówce starszego rocznika w liceum Bartka. Graliśmy około czterdziestu pięciu minut. Zagraliśmy między innymi jakiegoś blusa, ale było też coś ostrzejszego, nie pamiętam już co. W repertuarze znalazł się także Joe Satriani. Zagraliśmy Summer Song. Ale był czad! Równie czadowo na śliskiej podłodze odjeżdżała mi centrala... Ale nasz występ spotkał się z gorącymi owacjami uczestników imprezy i to było niesamowite przeżycie. Jakoś chyba niedługo potem zagraliśmy mały recital z Natalią Kanios – przyjaciółką Bartka (a z czasem także moją). Oni chodzili wtedy do szkoły muzycznej na Miodową. Oboje na obój. Zagraliśmy kilka utworów u Natalii w liceum. Pamiętam, że bardzo raziło mnie światło i znów odjeżdżała mi centralka... Ale to był chyba taki pierwszy poważny, choć krótki, występ. Wtedy na studniówce panował klimat ogólnej zabawy, nastoletniego zamieszania”. U Natalii natomiast występ miał charakter „prawdziwszego” koncertu – głównie ze względu na skupienie publiczności i jej średnią wieku – uczniowie, nauczyciele, rodzice. A sala wypełniona była po brzegi. Poważna sprawa. Lwie Paszcze... W międzyczasie mój przyjaciel z podstawówki Igor Seider (z którym gram do dziś) zaprosił mnie na próbę zespołu Lwie Paszcze, w którym grał ze swoim nauczycielem etyki z liceum – Piotrem Kurem i ze swoim kolegą z tegoż liceum - Wojtkiem Śmierzyńskim. Lwie Paszcze grały rocka. Dwie gitary elektryczne (Kur, Śmierzyński), bas (Seider) i męski wokal (Kur). Zespół szukał wówczas perkusisty. No i znalazł. Spodobało mi się to, co grają Paszcze. Dołączyłem do składu. Niedługo potem Igor od nas odszedł z jakichś personalnych przyczyn. Ja zostałem. I tak trzyosobowa ekipa grała próby, szukała basisty, nagrała demo i ... zaczęła grać koncerty. Pierwszy koncert zagrały Lwie Paszcze w „Zachcianku” na Woli. Było bardzo fajnie. Dużo ludzi. W ogóle z publiką nie mieliśmy większych problemów – Piotrek przed koncertami wysyłał przeważnie kilkadziesiąt smsów, głównie do swoich uczniów. Ja na tamten koncert też zaprosiłem sporo ludzi – był to przecież pierwszy koncert „Paszczaków”. Pamiętam, że między innymi przybył nas posłuchać mój szef – pracowałem wówczas w sklepie turystycznym. W Zachcianku zdobyliśmy kontakt do klubu „Cyrograf” na Ursynowie. Tam Lwie Paszcze zagrały większość swoich koncertów. Graliśmy tam raz, dwa razy w miesiącu przez około rok. (Jeszcze raz dziękuję właścicielowi Cyrografu, Bogdanowi, za współpracę i za otworzenie oczu na pewne sprawy). Graliśmy z Paszczami także jakieś przeglądy i cały czas szukaliśmy basisty. Przesłuchiwaliśmy kolejnych co pewien czas, ale ciągle to nie było to. Poezja miasta... Malowanie dźwiękiem... W międzyczasie mój kontakt muzyczny z braćmi Sosnowskimi jakoś osłabł i już nie graliśmy ze sobą. W tym samym międzyczasie Igor, który wkręcił mnie w Lwie Paszcze zaprosił mnie na próbę do swojego przyjaciela Krzyśka Sokołowskiego, który wówczas „coś tam kombinował sobie na gitarze”. Posłuchałem jak Igor gra z Krzyśkiem. Spodobało mi się to. Delikatne, subtelne granie. Inne niż w Paszczach. Niedługo potem zagraliśmy we trzech. Wszystkim nam spodobało się wspólne granie. Na kolejną próbę przyszedł kolega Krzysia -Wawrzyniec Dąbrowski, gitarzysta. Tak powstał zespół Urbana Poetica (poezja miasta), który pod inną nazwą i w innym niż wtedy stylu muzycznym gra do dziś. Do Urbany dołączyła wokalistka Ania Zapolska. Graliśmy lekkiego rocka. Dobrze mi się grało z dwoma takimi zespołami – Lwie Paszcze mocny rock, Urbana Poetica – lekkie brzmienie. Po pewnym czasie Urbana zmieniła nazwę na Projekt Akwarela. Zmieniliśmy też trochę styl. Poszliśmy w jeszcze lżejszy klimat. Bardziej w stronę poezji niż rocka. Graliśmy próby, nagraliśmy demo, pisaliśmy ciągle nowe utwory. W międzyczasie rozwiązały się Lwie Paszcze. Zaczęliśmy różnić się poglądowo (głównie gitarzyści) i nie było sensu ciągnąć tego dalej. Nagraliśmy demo na setkę, na pamiątkę naszej działalności. Tymczasem w Akwareli nastąpiła zmiana wokalistki – Anię Zapolską zastąpiła Ania Czajkowska, która śpiewa z nami do dziś. Akwarela zaczęła grać coraz mocniej, wracając tym samym, w pewnym stopniu, do klimatu jaki grała Urbana. Z tym, że zaczęliśmy iść bardziej jazzowo niż rockowo. I tak można dziś określić „Akwę”: wypadkowa rocka, poezji i jazzu. Jesienią 2003 roku Akwarela zaczęła koncertować. Graliśmy też przeglądy. Na jednym z nich zostaliśmy wyróżnieni. Nagrodą była gitara klasyczna, którą sprzedaliśmy, aby zdobyć pieniądze na perkusję dla mnie. I tak się stało. Po zrzutce zespół zakupił swojemu perkusiście perłową Amati, która służy mu do dziś.(Aktualnie myślę o zmianie sprzętu, bo Amati nie jest szczytem moich marzeń i możliwości. Ale wówczas oczywiście spełniała wszystkie wymogi). Daniel Gałązka z Zespołem... Na jednym z większych koncertów (wspólnych z innymi zespołami) pojawił się on... Czyli Daniel Gałązka z Zespołem. Zespół Daniela zwrócił na mnie uwagę podczas występu Akwy. (Ja zapamiętałem tylko wykonanie utworu „Nic nie wiem o sobie” na próbie technicznej przed koncertem. Nie zapamiętałem wówczas nawet wyglądu członków zespołu...) Gitarzysta Bartek Skowroński (nie grający już dziś w zespole) pochwalił mi się, że DGzZ szuka perkusisty. Umówiliśmy się, że Bartek podrzuci mi płytę z jakiegoś wcześniejszego koncertu, ja posłucham i zobaczymy co dalej. Bardzo mi się spodobało to, co gra zespół Daniela. Poezja śpiewana połączona z „przemyconym” jazzem. Poza tym zawsze bardzo lubiłem brzmienie gitar klasycznych. Umówiliśmy się na próbę. Pierwszą zagraliśmy w Mrozach za Mińskiem Mazowieckim. Nazwa miejscowości bardzo pasowała do panującej temperatury... I to, co gorsza, nie tylko temperatury na zewnątrz, ale również w środku naszej „sali prób”. Mimo trudnych warunków atmosferycznych od razu poczuliśmy, że nieźle nam się razem gra. Jestem w zespole! To był początek 2005 roku. Zacząłem solidniej grać w domu z płytą koncertową DGzZ. Zaczęliśmy regularnie grać próby. W marcu zagraliśmy pierwszy koncert. W Domu Kultury w Siedlcach. Było bardzo sympatycznie. Potem pojawiały się kolejne propozycje koncertów i tak trwamy do dziś. Mała Czarna... W wakacje 2005 roku znajoma Akwarelowego gitarzysty Wawrzyńca – Justyna Dzwonkowska (wokalistka) oraz jego znajomy – Łukasz Kuc (gitarzysta), poprosili Wawrzyńca o skompletowanie „sesyjnego” składu. Justyna chciała wziąć udział w Festiwalu im. Agnieszki Osieckiej, ale nie miała z kim tam zaśpiewać. Za pośrednictwem Wawy „pożyczyła” sobie mnie oraz Akwarelowego gitarzystę (wokalistę) Krzyśka, który wyjątkowo dla Justyny zagrał na basie. Zrobiliśmy dwa utwory Agnieszki w swojej aranżacji. Zagraliśmy na festiwalu. Nie przeszliśmy nawet pierwszej tury, ale doszliśmy do wniosku, że skoro zrobiliśmy te dwa utwory i to całkiem nieźle, to warto byłoby to nagrać – choćby na pamiątkę. Tak też zrobiliśmy. Po nagraniu, późnym wieczorem, kiedy wracałem z Justyną i Łukaszem ze studia, spytali mnie, czy nie znalazłbym „jakiejś chwili” między Akwarelą, a Danielem. Słowem – zaproponowali mi wspólne granie. Z tego, co wtedy mówili (mam nadzieję, że nic się nie zmieniło...), spodobała im się moja gra i w ogóle – współpraca ze mną. Mnie też się spodobało to, w jaki sposób pracują i to, co z muzyką robią i co zamierzają robić. Lekkie rockowe granie. Tyle w dużym skrócie można powiedzieć o muzyce Małej Czarnej – bo tak nazywa się zespół. Gramy razem do dziś, tyle że ja sesyjnie. Justyna z Łukaszem robią melodię i harmonię, a potem spotykamy się na wspólnej próbie i pracujemy nad aranżem i perkusją. Niestety do dziś nie udało nam się znaleźć basisty, także jeśli ,drogi czytelniku, znasz kogoś kto chciałby pograć na basie (lub kontrabasie) łagodną muzykę z sympatycznymi ludźmi, to daj mu znać. Tak to mniej więcej wszystko wyglądało i wygląda. W dużym skrócie, rzecz jasna... Serdecznie zapraszam na koncerty Daniela Gałązki z Zespołem, Projektu Akwarela oraz Małej Czarnej. Do zobaczenia! Artur Skrzypczak |
|||||||||||||
2006 © DGzz :: wykonanie wuwel ::