|
|
||||||||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
||||||||||||||
|
Uczyć się wszystkiego |
Marek Konatkowski
Moje początki to gitara klasyczna. Zacząłem grać w szóstej klasie podstawówki. Mama zaprowadziła mnie do Pałacu Młodzieży i tam z uporem lepszej sprawy spędzałem słoneczne dni na trzaskaniu ćwiczeń z „Abc gitary” Józefa Powroźniaka. Podbicie wszechświata i okolic wydawało mi się tylko kwestią czasu. Marzyłem wówczas o graniu na gitarze elektrycznej. Im głośniej tym lepiej. W końcu, gdy to marzenie się spełniło, zawiesiłem granie. Dziś trudno w to uwierzyć, ale przestałem grać na rok, zupełnie zapominając o muzyce. Ona jednak była cały czas gdzieś w okolicy. W liceum powróciła ze zdwojoną siłą. Uczyłem się grać wszystkiego co znałem- dziś dużo temu zawdzięczam. Zacząłem komponować. W pewnym momencie wydawało mi się zbyt pospolite granie tego, czym wszyscy się fascynują.Moje piosnki z tamtego czasu mają w sobie spory ładunek emocjonalny. Są napisane bez polotu, ale lubię je. To trochę jak pierwsza wędrówka nieprzetartym szlakiem. Dziś łączy mnie z nimi silna więź. W ostatniej klasie liceum zacząłem grać w zespołach. Jeden z „poważniejszych” stanowili znajomi ze szkoły. Graliśmy oczywiście moje piosenki, których wówczas powstawało mnóstwo. Próby mieliśmy w malowniczo położonym garażu na warszawskim Rakowcu. Co raz odwiedzali nas zbulwersowani emeryci pragnący zażyć ciszy słonecznego popołudnia. Zagraliśmy koncert na jakiejś uroczystości Wydziału Archeologii UW. Działo się to między pisemną a ustną maturą, ale wtedy nikt z nas nie zawracał sobie głowy takimi przyziemnymi sprawami. Dziś z tamtego grania zostały mi dziesiątki zdjęć z prób, które wówczas były świętem, oraz kaseta. Nagranie odbyło się, a jakże, w garażu. Dziś czasem sobie go słucham jadąc samochodem. Lubię tę kasetę, to miłe wspomnienia. Gdy zdałem na studia, muzyka zaczęła być bardziej obecna. Ostatecznie zdecydowałem, że najbardziej podoba mi się granie na basówce. Szybko nauczyłem się nowych rzeczy. Spotkałem wielu fantastycznych ludzi, świetnych muzyków. Jeździłem na warsztaty, brałem lekcje gry. Z czasem pojawiły się poważniejsze zespoły. Zacząłem grać w zespole „Jassno” utworzonym przez świetnego historyka- Jerzego Besalę. Graliśmy jego utwory (już wówczas zatraciłem wiarę w swoje) oraz standardy. Zagraliśmy kilka koncertów w warszawskich klubach jazzowych. To były wspaniałe przeżycia. Także wówczas kupiłem pierwszy instrument z wyższej półki. Zrobiony na zamówienie przez firmę GMR czterostrunowy bas- gitarę moich marzeń. Mam ją do dziś i chyba nigdy się nie rozstaniemy. Jest piękna- ciemnowiśniowy sunburst ze złotym osprzętem i hebanowym gryfem, a poza tym ma bardzo ładne brzmienie- pickup Bartolini, korpus z jesionu i klonu. Pojawienie się Daniela Gałązki z zespołem było dla mnie objawieniem To był kwiecień 2002 roku. Wówczas nie znałem w ogóle muzyki z kręgu poezji śpiewanej. Blues, jazz, nawet Boże uchowaj rock były mi bliższe. Ale po kolei. Przez przypadek trafiłem do „Tygmontu” na koncert Sergiusza Stańczuka (patrz Przyjaciele). Bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Po prostu mnie oczarował swoją muzyką, jak się okazało nie po raz ostatni. On skontaktował mnie z Danielem a właściwie z grającym wówczas z nim Bartkiem. Najpierw dostałem płytkę, później umówiliśmy się na próbę. Wiele rzeczy było dla mnie niezwykłych. Aranżacje, dużo ciekawsze niż te, które grałem do tej pory. Brzmienie- dwie gitary klasyczne i wiolonczela (wówczas grał z nami Jan Roszkowski)- coś zupełnie, ale to zupełnie innego. Pochłonęło mnie. Płytki słuchałem wielokrotnie, starałem się układać jakieś ciekawe linie basu. Na próbach konfrontowaliśmy wszystko i z tego wyłaniał się kształt muzyki, którą gramy do dziś. Wszystko poszło szybko. Pojawiły się koncerty, z czasem także nowe utwory. Zaczęliśmy dynamicznie pracować, przy okazji zostaliśmy przyjaciółmi i właśnie z tego powodu najbardziej cenię sobie granie w tym zespole. Bo przyjaźń jest najważniejsza. Po drodze wydarzyło się mnóstwo zabawnych sytuacji, które będę Wam przybliżał w opowieściach. Odkąd zarzuciłem klecenie wierszy raczę ludzkość prozą i ku uciesze kolegów wyręczam ich z obowiązku pisania czegokolwiek co związane z zespołem. Muzyka? To przyjaciel. Zawsze jest. Trzeba grać, trzeba słuchać, być, dbać. Jak o osobę. Dużo daje, ale sporo wymaga. Wprawki- podstawa. Najpożyteczniejsze ćwiczenia są najbardziej nudne. Mam ten komfort, że prowadzę zajęcia w Domu Kultury. Można więc powiedzieć, że zajmuję się graniem wprawek niemalże zawodowo. Muzyka której słucham na co dzień jest bardzo zróżnicowana. Lubię Grzegorza Turnaua, Republikę, Annę Marię Jopek, Ewę Demarczyk, Janusza Radka. Raz Dwa Trzy. Z obcojęzycznych- najchętniej Queen, the Police i Sting, a także the Doors i starych dobrych Stonesów. Z jazzu najchętniej Milesa Davisa, Marcusa Milera. Z basistów Jaco Pastoriusa, Victora Wootena, Marcina Pospieszalskiego, Krzysztofa Ścierańskiego- głównie w Dekadzie na żywo. Lubię także słuchać naszych znajomych; oczywiście Sergiusza ale też Mileny Madziar, Michała Konstrata i Krzysztofa Edwarda Krawczyńskiego. Zawsze chętnie słucham myśliborskich składanek, z których trudno wymienić wszystkich wykonawców. Poza muzyką? Uwielbiam czytać książki. Do moich ulubionych od lat wielu należy niezmiennie „Tortilla Flat” Johna Steinbecka. Szczególnie polecam. Pierwszy raz od dawna czytałem wolniej, widząc, że zostaje mi coraz mniej stron. Szczególnie zżyłem się z postacią Jesusa Marii Corcorana… Lubię także powieści Hrabala, Huelle oraz Marka Twaina. Lubię pić wino, szampana i ciepłą herbatę, marzę o tym, by latać. Wszystko jedno jak. Paralotnią, szybowcem, czymkolwiek. Mam to szczęście, że mój kierunek studiów pokrywa się z moimi zainteresowaniami, także do listy dodać należy także zagadnienia z kręgu pedagogiki i resocjalizacji. |
|||||||||||||
2006 © DGzz :: wykonanie wuwel ::